Sceny przydrożne II

Sceny przydrożne II

Spacer po świecie

Marcin Andrzejewski zaprasza nas na wystawę, a ja czuję się, jakbym został zaproszony na spokojny spacer. Nie przez miasto, park czy las. Na spacer po świecie.
Idziemy skwerem w Odessie, zatrzymujemy się przy fasadach domów w Gorzowie i Jeleniej Górze. Pod koronami drzew w Gambii znajdujemy cień i chwilę odpoczynku. Siadamy na plaży, pijemy sok z kokosa, patrzymy na rozłożyste palmy. W Kirgistanie stajemy wobec gór — ogromnych, majestatycznych, niemal nierzeczywistych.
W takich miejscach łatwo byłoby próbować fotografią dorównać spektaklowi natury. Marcin wybiera jednak coś przeciwnego. Ustawia wielkoformatowy aparat i pozostaje spokojny. Nie chce przeszkadzać temu, co przed nim. Pozwala przestrzeni być przestrzenią. Dzięki temu również my możemy w niej pozostać — choćby przez chwilę.
W Hawanie spotykamy stare samochody. Są jak fragment czasu, który przeminął, a jednak wciąż trwa w obrazie. Czy prowadzi go nostalgia, zachwyt, czy zwykła ciekawość? Być może wszystko naraz. Marcin nie rekonstruuje przeszłości. On ją odnajduje.
Najważniejsza jest jednak przestrzeń.
To ona, w moim odczuciu, stanowi jeden z najważniejszych tematów tych fotografii. Budują ją nie spektakularne kontrasty ani formalne efekty, lecz subtelne przejścia tonalne. Światło,
szarość, czerń i biel układają się w spokojną materię obrazu.
Marcin nie szuka dramatyzmu. Nie poprawia świata. Patrzy.
Nawet wtedy, gdy coś się rozpada, gdy ślad czasu pojawia się na fasadzie, samochodzie czy ulicy, nie próbuje tego ukryć. Przeciwnie — zatrzymuje ten moment. Zachowuje pamięć miejsca, jego atmosferę, jego energię. Tę, która sprawiła, że właśnie tutaj stanął ze swoim aparatem.
Jest w tym geście coś niemal archaicznego. W epoce natychmiastowego obrazu Marcin wybiera drogę długą, wymagającą cierpliwości i rzemiosła. Negatyw, papier, emulsja, wywoływanie, odbitka. Każdy etap ma znaczenie.
Jego fotografie powstają na specjalnie przygotowanym papierze, pokrytym sporządzoną przez niego warstwą światłoczułą. W technice kalotypii wykorzystuje sole żelaza i srebra, uzyskując charakterystyczną głębię czerni i bogactwo szarości.
Ale technika sama w sobie nie jest tutaj celem.
Najważniejsza jest niepowtarzalność.
Każda odbitka jest osobnym wydarzeniem. Nie można jej po prostu skopiować. Każda nosi ślad procesu, czasu, materiału i decyzji fotografa. Obraz nie jest więc jedynie przedstawieniem rzeczywistości — staje się przedmiotem, materią, śladem spotkania. Być może właśnie dlatego fotografia Marcina Andrzejewskiego wydaje się tak spokojna.
Jej siła nie wynika z krzyku.
Wynika z uważności.
Fotograf pozostawia miejsce światu, a świat odpowiada mu obrazem. Czerń ma swoją głębię, szarość swoją ciszę, biel swoją granicę. Papier i emulsja współtworzą fotografię, zanim jeszcze zobaczymy ją na ścianie.
Patrząc na te prace, widzę więc nie tylko odległe miejsca. Widzę drogę — od podróży, poprzez spojrzenie i decyzję fotografa, aż po materialny ślad tego spotkania.
I znów mam wrażenie, że idę.
Spokojnie.
Bez pośpiechu.
Po świecie, który Marcin Andrzejewski na chwilę zatrzymał, abyśmy mogli w nim pobyć.

Marek Poźniak

Artystyczne genealogie

Przyglądając się najnowszym odbitkom Marcina Andrzejewskiego, wykonanym w technice kalotypii, trudno nie oddać się rozważaniom nad wybranymi aspektami ostatnich kilku dekad polskiej fotografii. Osoby poszukujące genez artystycznych nie mogą przeoczyć związku tych prac z dorobkiem środowiska fotograficznego skupionego głównie wokół kilku inicjatyw rozwijających się na Dolnym Śląsku w latach 90. XX wieku i na początku nowego milenium. Był to okres, w którym Marcin kształtował swoją postawę twórczą — najpierw podczas studiów we Wrocławiu, a następnie w Jeleniej Górze. W jego fotografiach odnajdziemy motywy przypominające ulotne stany atmosferyczne utrwalane przez Ewę Andrzejewską, a także budynki starych, zaniedbanych kamienic, z powagą fotografowane przez Wojciecha Zawadzkiego. Inne prace mogą kojarzyć się z amerykańskimi obrazami Andrzeja Jerzego Lecha lub z ciasno kadrowanymi ujęciami architektury Bogdana Konopki. Wymienioną grupę twórców łączymy z kręgiem twórczości fotogenicznej, promowanym przez Andrzeja Saja na łamach wrocławskiego „Formatu”. Krąg ten miał skupiać się z jednej strony na źródłowych wartościach warsztatowo-formalnych fotografii, rezygnującej z nowoczesnej technologii, a z drugiej – na prostej i nieagresywnej tematyce, najczęściej ograniczonej do krajobrazu lub architektury, nierzadko traktowanych w sposób bardzo intymny. Marcin, wchodząc w to środowisko, przejął nie tylko prostotę formalno-kompozycyjną, ale przede wszystkim propagowaną wówczas przez Andrzejewską i Konopkę technikę wykonywania odbitek kontaktowych, pozwalającą skondensować w obrazie maksymalną liczbę zarejestrowanych szczegółów.

Z czasem zaczął oddalać się od technologicznego puryzmu, pozostając jednak wierny technice wielkoformatowej. W końcu poświęcił się ambrotypii, by ostatecznie sięgnąć po kalotypię. Za jej pośrednictwem postanowił ponownie zdefiniować swoją twórczość, poddając reinterpretacji wcześniejsze negatywy, nierzadko mające ponad dwie dekady. Wybór kalotypii, jakby na przekór możliwościom tkwiącym w wyjściowych negatywach, prowadzi ku innemu rodzajowi wizualności. Kalotypia umożliwia skupienie się na syntezie obrazowej oraz ukazaniu powiązań między poszczególnymi elementami kompozycji. Technika ta, jak pisał Stanisław Czekalski, „eksponuje porządek płaszczyznowy obrazu”, między innymi przez silne związanie obrazu z wyraźnie widoczną strukturą powierzchni papieru, stanowiącego jego materialną podstawę. Pod tym względem przypomina rysunek. Obecność podłoża zwykle umyka naszej uwadze podczas oglądania standardowych odbitek żelatynowo-srebrowych. Ulegamy wówczas złudzeniu, że obraz całkowicie przylega do swojego realnego odniesienia, przez co jego materialne podłoże pozostaje dla nas przezroczyste i niezauważalne. Nowa wystawa Marcina Andrzejewskiego, tak mocno uzmysławiająca materialny aspekt obrazu fotograficznego, jawi się jako głos w dyskusji nad wartością fotografii cyfrowej i gest powrotu do jednej ze źródłowych technik fotograficznych. Jest świadomym odcięciem się od szybkiej i praktycznie bezkosztowej „produkcji” obrazów. Ponieważ proces kalotypii wymaga umiejętności manualnych i nakładu czasu, Marcin może jawić się jako miłośnik filozofii życia slow, ale nade wszystko jako kontynuator znanych z historii buntów wobec masowej produkcji i dominacji zaawansowanych technologii rugujących manualność procesów wytwarzania.

W swojej artystycznej podróży Marcin wielokrotnie wybierał motywy, które uzmysławiają upływ czasu. Do wielu z nich można by odnieść rozpropagowany przez Ireneusza Zjeżdżałkę termin „sedymentacja”, będący metaforą zatrzymywania na kliszy czasu nawarstwiającego się w wybranych elementach rzeczywistości — podobnie jak nawarstwienia widoczne w przekrojach ziemi wykonywanych przez geologów. Refleksja Marcina nad upływem czasu i historią ma jednak także wymiar wykraczający poza tematykę zdjęć. Wiąże się z namysłem nad technologią fotografii i eksploracją archaicznych sposobów kopiowania zdjęć. Sposoby te niejednokrotnie służą mu do ponownej interpretacji własnych osiągnięć i są kluczem do dokonywania przetasowań we własnym archiwum artystycznym. Za ich pośrednictwem artysta generuje ze starych negatywów nowe, nieoczekiwane konstelacje, jednocześnie przypominając nam, jak wielki potencjał tkwi w czasochłonnych operacjach warsztatowych, o których, jak się zdaje, w dużej mierze zapomnieliśmy pod wpływem natłoku generowanych cyfrowo obrazów.

Maciej Szymanowicz
6 października 2026 roku
(w 150. rocznicę urodzin Jana Bułhaka)